
Z inicjatywy młodego pracownika firmy Decca Record Company, a zarazem wielkiego entuzjasty muzyki jazzowej, Johnna Hammonda, w 1933 roku zawiązał się zespół złożony z pięcioosobowej sekcji blachy, czterech saksofonów, gitary, kontrabasu i fortepianu. Na jego czele stanął 24-letni klarnecista Benjamin David Goodman. Początki byty trudne: po dwóch miesiącach występów w Billy Rose's Music Hall w Nowym Jorku orkiestra otrzymała wymówienie; finansowany przez National Biscuit Company cykliczny program radiowy "Let's Dance", w którym udział stanowił jedyne regularne źródło dochodów muzyków, istniał tylko przez 20 tygodni; kolejna praca, w Roosevelt Hotel, trwała zaledwie dwa tygodnie. Dalszych propozycji nie było - Nowy Jork okazał się nagle dla młodego bandleadera miastem bez perspektyw. Nie pozostało nic innego tylko wyruszyć na zachód. Ale droga do Kalifornii, przerywana sporadycznymi koncertami w kilku miastach, okazała się jednak jednym pasmem niepowodzeń i nieporozumień, bo orkiestra nie grała "normalnych" kawałków do tańca. Zła passa skończyła się w sierpniu 1935: w Palomar Ballroom w Los Angeles nie mający nic już do stracenia muzycy poszli na całość - entuzjazm na widowni przeszedł najśmielsze oczekiwania. Ten dzień dał początek nowej epoce w muzyce jazzowej - epoce swingu. Warto dodać, że pełna nazwa zespołu Goodmana brzmiała: Benny Goodman and His Swing Band.
Ale swing to nie tylko nazwa epoki, której zmierzch nastąpił 10 lat później - to także nieodrodny chociaż niemożliwy do jednoznacznego i autorytatywnego zdefiniowania składnik muzyki jazzowej. "To jest doprawdy prosta rzecz - powiedział kiedyś perkusista Jo Jones - ale są takie sprawy, których nie sposób wyrazić słowami... Najlepszym sposobem, by zrozumieć czym jest swingowanie jest to, czy gra się z uczuciem, czy bez niego. To taka różnica jak pomiędzy szczerym a nieszczerym uściśnięciem ręki". Krytyk Henry Pleasant mógłby uzupełnić tutaj wypowiedź Jonesa, porównując swing do samolotu odrywającego się od ziemi i szybującego w powietrzu. Ciągle powtarzające się obrazowe, niekiedy ocierające się o metafory, próby wyjaśnienia tego zjawiska zwracają uwagę na takie czynniki jak uczciwość muzyka w stosunku do słuchacza, lekkość i swoboda. Tych cech nie można zarejestrować na papierze nutowym - mamy więc do czynienia z pewną wrodzoną dyspozycją psychiczną, bez której granie jazzu nie jest możliwe.
Chronologicznie epoka swingu stanowi cezurę pomiędzy stylami tradycyjnymi - nowoorleańskim i chicagowskim - a nowoczesnymi. zgodnie współegzystują w muzyce tego okresu elementy starego, oczywiście poddane odpowiednim zabiegom adaptacyjnym, jak i pewne nowe cechy, których pełne rozwinięcie nastąpiło nieco później. Epoka swingu zasługuje także na miano "Złotego Wieku" jazzu; nigdy bowiem w historii tego gatunku związek z masową publicznością nie był tak silny. W tysiącach lokali i hoteli wszelkich możliwych kategorii grały do tańca orkiestry jazzowe. Przyczyniły się one do wielkiej emancypacji muzyki określanej przymiotnikami "dzika", "prymitywna" lub "rasowa". Epoka swingu to także czas znakomitych solistów, takich jak Lester Young, Coleman Hawkins, Chu Berry, Herschel Evans, Johnny Hodges, Bunny Berigan, Roy Eldridge, Fats Waller, Teddy Wilson czy Gene Krupa.
W krótkiej historii polskiego jazzu to ogniwo pośrednie faktycznie nie istniało. Jeszcze do niedawna przeprowadzenie granicy pomiędzy "tradycjonalistami" a "modernistami" nie przedstawiało większej trudności. Sytuacja sie skomplikowała, gdy w 1977 roku na "Złotej Tarce" wystąpił zespół o nazwie Swing Session, zorganizowany ad hoc, wyłącznie z okazji tej imprezy, przez trębacza Henryka Majewskiego, lidera naszego czołowego zespołu jazzu tradycyjnego Old Timers. Być może, Majewski potrzebował na chwilę oderwać się od granej przez wiele lat muzyki - Old Timers istnieje od 1966, a wcześniej były przecież Warszawscy Stompersi - a może po prostu pragnął sprawdzić się w innym stylistycznie gatunku jazzu. Pomysł okazał sie na tyle atrakcyjny, że do współpracy pozyskał on - oprócz sekcji rytmicznej Old Timers, Tadeusza Federowskiego, Jerzego Stawarza i Henryka Stefańskiego - puzonistę Stanisława Cieślaka oraz trzech zdecydowanych "modernistów", Włodzimierza Nahornego (fortepian) i dwóch saksofonistów z nieistniejącego już zespołu Jazz Carriers, Henryka Miśkiewicza i Zbigniewa Jaremkę.
Rok później na "Złotej Tarce '78" Swing Session pojawił sie ponownie, ale w nieco zmienionym składzie: Cieślaka zastąpił Andrzej Piela, a Nahornego - Paweł Perliński.
Żaden z muzyków właściwie nie potrzebuje rekomendacji. Wystarczy tylko przypomnieć, że sekcja rytmiczna Old Timers jest niejako Polską Reprezentacyjną Sekcją Rytmiczną, akompaniującą wykonawcom zagranicznym, którzy przyjeżdżają bez własnego zespołu; Perliński stale współpracuje z Januszem Muniakiem, a Jaremko z Miśkiewiczem są głównymi filarami popularnej i cieszącej się sporym uznaniem grupy Sun Ship. Reasumując, zarówno warstwa rytmiczna jak i melodyczna zostały więc obsadzone przez pierwszorzędnych instrumentalistów, legitymujących się dużym doświadczeniem i niebagatelnym dorobkiem.
Swing Session został natychmiast dostrzeżony przez krytykę i ciepło przyjęty przez publiczność - rezultaty tych okazjonalnych sesji spodobały się widocznie samym muzykom, skoro przyczyniły się do częstszych wspólnych spotkań. Efektem jednego z nich jest właśnie ta płyta. Znajdujące się na niej cztery utwory lepiej niż wszelkie słowa i wyjaśnienia określają repertuar zespołu: blues napisany przez Oscara Pettiforda, popularna i lubiana przez jazzmanów piosenka Cole Portera oraz dwie stylowe kompozycje Jaremki i Majewskiego. Utrzymane w konwencji bluesa "Swinging Till the Girl Come Home" i "Specially for You" stanowią doskonały punkt wyjściowy do popisów solistycznych poszczególnych muzyków; "Z przeniesienia" i "What Is This Thing Called Love?" wskazują natomiast, że skład instrumentalny Swing Session nie jest bynajmniej dziełem przypadku - tworzy on minimum niezbędne do uzyskania brzmienia bigbandowego.
Naturalnie, sami słuchacze najwłaściwiej ocenią tę płytę - najlepszym i "najzdrowszym" kryterium będzie to, czy po pierwszym przesłuchaniu zechcą do niej powrócić. Warto jednak spróbować, gdyż jest to moim zdaniem udana próba zbliżenia się polskiego zespołu do wiecznie młodej i wciąż żywej epoki swingu.
Jerzy A. Rzewuski
Swing Session - Aquarium Live No. 6
Poljazz, Z-SX 0705 / 1979
Biały Kruk Czarnego Krążka / XXXI płyta Klubu Płytowego PSJ
Tracklist:
a1. Swinging Till the Girl Come Home (Oscar Pettiford) | 11:40
a2. Z przeniesienia (Zbigniew Jaremko) | 6:00
b3. Specially for You (Henryk Majewski) | 11:53
b4. What Is This Thing Called Love (Cole Porter) | 7:45
Personnel:
Henryk Majewski: trumpet
Zbigniew Jaremko: tenor sax
Henryk Miśkiewicz: alto sax
Andrzej Piela: trombone
Paweł Perliński: piano
Henryk Stefański: guitar
Jerzy Stawarz: double bass
Tadeusz Fedorowski: drums
Recorded February 26 - March 4, 1979 at Jazz Club "Akwarium" by Andrzej Lipiński & Leszek Wójcik.
Cover design - Piotr Klusek
FLACzki-tracki, photos . . 235 MB (3% data repair) ®