Termin „jam session” narodził się w połowie lat 30-tych *). Nie znaczy to jednak, że wspólne spotkania muzyków z różnych zespołów, by pograć sobie dla przyjemności, nie istniały wcześniej. Ale właśnie w epoce swingu stały się one tak powszechne, że zaistniała potrzeba stworzenia jakiejś nazwy na to zjawisko. W czasach kiedy prym wiodły wielkie orkiestry, starannie opracowane utwory nie pozwalały muzykom na pełne przedstawienie swoich umiejętności. Partie solowe i czas ich trwania były ściśle określone - nic więc dziwnego, że wielu utalentowanym i ambitnym jazzmenom taki układ nie odpowiadał. Spotykali się więc po pracy w nocnych klubach, gdzie każdy z nich mógł w dowolnym momencie wejść na scenę i pograć sobie tak długo, na ile starczyło mu sił i pomysłowości. Właśnie w tych lokalach, niekiedy o dwuznacznej reputacji, przeważnie usytuowanych w dzielnicach zamieszkiwanych przez ludność kolorową, gdzie - pomimo prohibicji - z nabyciem alkoholu nie było żadnej trudności, mogli oni zawsze liczyć na wdzięczną, żywo reagującą publiczność i atmosferę życzliwości, tak niezbędną do grania jazzu.
Epoka swingu sprzyjała także jam sessions pod jeszcze innym względem. Orkiestry adaptowały do swojego repertuaru najrozmaitsze utwory popularne Wielu z nich w nowym opracowaniu stawało się przebojami, powszechnie znanymi tak przez muzyków jak i słuchaczy. Właśnie znajomość tych utworów tworzyła znakomitą bazę, na której można było improwizować. Pojawił się termin „standardy”. W praktyce oznaczał on wytworzenie się abecadła jazzowego - wspólnej płaszczyzny porozumienia się muzyków.
Lista standardów jest bardzo długa ciągle otwarta. Coraz to wzbogaca się o nowe pozycje. A jednak, odnoszę wrażenie, że uczenie się tego abecadła jest coraz częściej przez naszych muzyków zaniedbywane. Niejednokrotnie, rozmawiając z młodymi, dopiero wchodzącymi w życie, jazzmenami zetknąłem się z opinią, że po co komu potrzebne są takie starocie jak „Ain't Misbehavin'”, „I Got Rhythm”, „Body and Soul”, „Green Dolphin Street”, „Stella by Starlight” czy „Lover Man”. Warto przytoczyć tutaj słowa Miles Davisa: „Ci młodzi faceci, którzy przychodzą do jazzu w ogóle nie znają tradycji. Myślą, że styl w jakim grają jest początkiem i końcem tej muzyki. Mylą się. Co więcej - nigdy nie będą oni prawdziwymi jazzmenami”. Podobne opinie wypowiadali najwięksi - Lester Young, Coleman Hawkins, Dizzy Gillespie, John Coltrane, Archie Shepp, Ornette Coleman i Charles Mingus. Ze zgrozą przyglądali się oni całym zastępom swoich imitatorów i kopistów. Ich nowatorstwo wynikało z gruntownej znajomości tradycji i przetwarzania jej.
Wielokrotnie w naszej prasie muzycznej pojawiły się alarmujące artykuły, dotyczące zanikania jam sessions. Terminem tym zaczęto określać zwykłe koncerty, grane przez stale istniejące zespoły. Zgadzała się tylko godzina ich rozpoczęcia - zwykle około północy. Z kolei, sam byłem wiele razy świadkiem najrozmaitszych prób wskrzeszenia jamów. Większość z nich kończyła się fiaskiem. Po niezbyt poprawnym zagraniu tematu, wszystko się rozłaziło - bezlitośnie obnażały się ignorancja i nieumiejętność improwizowania.
Być może, właśnie dwie płyty wydane przez Poljazz, na których zarejestrowano fragmenty jam sessions w klubie „Akwarium”, odbywające się w okresie Jazz Jamboree 1978, oraz wcześniejsza z jamu w „Remoncie”, są zwiastunem nowych lepszych czasów dla tej, nieodrodnie z muzyką jazzową związanej tradycji. „Druga Noc” to spotkanie członków Thad Jones/Mel Lewis Orchestra i polskich muzyków - Miśkiewicza i Jaremki z Sun Ship i Swing Session oraz Jerzego Bezuchy, perkusisty kwartetu Janusza Muniaka. Orkiestry Jonesa i Lewisa nie trzeba miłośnikom jazzu przedstawiać. Wystarczy przypomnieć, że przez ponad trzynaście lat uważana była za jeden z najlepszych big bandów i prawdziwą wylęgarnię wielu autentycznych talentów. Na ubiegłorocznym Jazz Jamboree mieliśmy po raz drugi okazję podziwiać ją na dwóch koncertach w Sali Kongresowej. Co więcej, byliśmy świadkami ostatniego etapu jej istnienia. O znakomitym tandemie saksofonistów Jaremko-Miśkiewicz wielokrotnie pisałem w „Jazzie” z uznaniem, z racji ich występów w dwóch wyżej wspomnianych zespołach. Jestem przekonany, że właśnie ta płyta stanowi dobrą wizytówkę ich umiejętności. Również nieźle daje sobie radę w tej niecodziennej formacji Jerzy Bezucha.
Utwory znajdujące się na tej płycie obrosły już legendą. „Cherokee” wykonywał sam Charlie Parker; „Round Midnight” wszedł zaś do banku standardów dzięki niezrównanej interpretacji słynnego kwintetu Miles Davisa z drugiej połowy lat 50-tych, w którego skład wchodził John Coltrane. Okazuje się więc, że tak Amerykanie jak i Polacy znaleźli wspólną płaszczyznę porozumienia niezależnie od barier językowych i dewizowych - porozumieli się w języku stworzonym przez tych, którzy przyczynili się do rozwoju i rozkwitu muzyki jazzowej.
Jerzy A. Rzewuski
Jam Session w „Akwarium” - Druga noc
Poljazz, Z-SX-0693 / 1978
Klub Płytowy PSJ / Biały Kruk Czarnego Krążka
Płyta subskrypcyjna
Tracklist:
a1. Cherokee (Ray Noble)
b1. Round Midnight (Thelonius Monk, Cootie Wiliams)
Performers:
Zbigniew Jaremko: tenor sax (Pl)
Henryk Miśkiewicz: alto sax (Pl)
Charles Davis: baritone sax (USA)
Irvin Stokes: trumpet (USA)
Jim Mcneely: piano (USA)
Jesper Lundgard: double bass (Dk)
Jerzy Bezucha: drums (Pl)
Recorded October 26/27, 1978, at PSJ Jazz Club PSJ „Akwarium”, Warsaw by Andrzej Lipiński & Leszek Wójcik („Poljazz”).
Pressed by Pronit (Pionki).
Editing - Leszek Wójcik.
Sleeve design - Piotr Kłosek.
FLACzki-tracki, photos . . 208.4 MB (3% data repair) ®

































